Jeśli kojarzycie majowe wyjazdy z walką o parking i przeciskaniem się przez tłumy, to Hortulus Spectabilis w majowy, lekko deszczowy dzień pozytywnie Was zaskoczy. Byliśmy tam poza sezonem, pogoda była średnia (trochę padało), dzięki czemu cały ten gigantyczny teren mieliśmy praktycznie tylko dla siebie.
Dojazd, parking i ważne rozróżnienie
Dojazd na miejsce jest banalnie prosty – po drodze stoją czytelne kierunkowskazy, ciężko pobłądzić. Kompleks znajduje się około 8,5 km w linii prostej od brzegu morza (niedaleko Koszalina i Kołobrzegu). Na miejscu zastaliśmy potężny, ale zupełnie pusty parking. Z racji braku innych samochodów stanęliśmy pod samym wejściem.
Ważna uwaga logistyczna na start: Nie pomylcie miejsc! Dobrzyca kryje dwa osobne kompleksy oddalone od siebie o ok. 2 km – starsze Ogrody Tematyczne Hortulus oraz nowsze Ogrody Hortulus Spectabilis (to tutaj znajduje się wieża i gigantyczny labirynt). Obowiązują do nich osobne bilety, choć można kupić w kasie bilet łączony.
W kasie trafiliśmy na bardzo miłą obsługę. Pani sprawnie wyjaśniła nam opcje i zaproponowała dla dzieciaków dodatkową grę terenową za 14 zł. Warto w to wejść – na terenie głównego labiryntu rozmieszczone są specjalne kasowniki, w których trzeba dziurkować karty gry. Dla dzieci to świetny motywator do chodzenia.
Serce ogrodów: Labirynt grabowy w liczbach
Zaczęliśmy od razu od głównej atrakcji, czyli labiryntu grabowego. Dzieciaki dostały mapę, karty i od razu poleciały szukać kasowników. My z żoną weszliśmy na metalową wieżę widokową w kształcie podwójnej helisy (ma 20 metrów wysokości), żeby ogarnąć to z góry. Widok robi robotę – widać całą geometrię tego miejsca, a ze ścieżek poniżej dobiegały tylko śmiechy i było widać biegające, kolorowe czapki.
Starsze dzieci spędziły w labiryncie cały dzień i przez to nie zdążyły już zobaczyć reszty ogrodu. Najmłodszy dał radę i przeszedł z nami cały pozostały dystans. Dla mniejszych dzieciaków na końcu jest też mały plac zabaw.
Z tablic informacyjnych na miejscu podłapaliśmy kilka konkretnych faktów o tym projekcie:
- Historia: Pierwsze nasadzenia pod labirynt ruszyły w kwietniu 2003 roku. Projekt zimą przygotował Piotr Bigoński, a sadzenie realizowały… tylko trzy pary osób. Sam kompleks otwarto dla ludzi w 2014 roku.
- Skala: Cały labirynt zajmuje dokładnie 1 hektar (101,5 x 100 m). Żeby ściany z grabu osiągnęły pełną gęstość i ponad 2 metry wysokości, potrzeba było aż 15 lat systematycznego nawożenia i cięcia.
- Utrzymanie: Łączna długość ścian żywopłotu to 6539 metrów. Żywopłot jest strzyżony 3 razy w roku przez 12 osób. Zajmuje im to tydzień, a powierzchnia cięcia odpowiada 17 boiskom piłkarskim. Pilarz w tym czasie robi na nogach około 16,5 km (dystans jak z Gdyni do Gdańska).
Do centralnego placu z wieżą prowadzą trzy drogi: najkrótsza (396 m), średnia (924 m) oraz najdłuższa (1003 m). Jeśli tam wejdziecie i totalnie stracicie orientację, działa klasyczna zasada „prawej ręki na ścianie”. Doprowadzi Was do celu, ale tą najdłuższą trasą (ponad kilometr marszu).
Co jeszcze tam jest? (O ile starczy Wam czasu)
Teren jest potężny – obecnie do zwiedzania udostępnione jest ponad 7,5 hektara, a docelowo całość ma zająć aż 30 ha. Spokojnie można tu zaplanować cały dzień. My byliśmy przed sezonem, więc roślinność dopiero startowała i nie było jeszcze pełnych kolorów, ale i tak przestrzeń robi wrażenie. Poza labiryntem znajdziecie tam m.in.:
- Ogrody Magii, Energii, Czasu i Przestrzeni (w tym kamienny krąg, dolmen i kalendarz celtycki),
- Ogrody różane (cztery różne rosaria, w tym Plac Boskich Róż) oraz partery bukszpanowe ułożone w misterne wzory haftów, które świetnie widać z wieży,
- Modernistyczny Ogród Traw (zaprojektowany z tzw. symetrią motyla) i sporo zakątków z ławkami czy leżakami do odpoczynku.
Na tablicach edukacyjnych wrzucili też ciekawostkę o typach labiryntów na świecie – od starożytnych rzymskich mozaik, przez labirynty na posadzkach katedr (jak w Chartres), aż po nowoczesne wodne czy laserowe. Co ciekawe, w zależności od kraju, do budowy żywych labiryntów używa się różnych roślin: w Polsce grabu i buku, we Francji słoneczników, na Hawajach ananasów, a w RPA… kaktusów.
Prywatna inicjatywa bez wsparcia
Przy wyjściu pogadaliśmy chwilę z obsługą. Czekali na nas, bo byliśmy ostatnimi gośćmi tego dnia (a patrząc po parkingu, niewykluczone że jedynymi).
Warto wiedzieć, że całe to miejsce to w 100% prywatna własność. Właściciele tworzą te ogrody z własnej pasji i nie dostają żadnych dotacji od miasta czy państwa. Całość utrzymuje się wyłącznie z biletów wstępu. Biorąc pod uwagę koszty utrzymania, logistykę i nakład pracy przy pielęgnacji tylu kilometrów żywopłotu – czapki z głów.
Jeśli będziecie w okolicach Koszalina czy Kołobrzegu, warto tam podjechać i zostawić parę groszy w kasie. My na pewno wrócimy w lecie, żeby zobaczyć te ogrody w pełnym rozkwicie.
https://hortulus-spectabilis.com.pl
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ogrody_Hortulus_Spectabilis











